Tegoroczny sezon pszczelarski rozpoczął się wyjątkowo wymagająco, a pierwsze miesiące nie przynoszą powodów do optymizmu. Chłodny kwiecień, nocne przymrozki oraz utrzymująca się susza znacząco ograniczyły dostępność pożytków dla pszczół. W efekcie już dziś obserwuje się niższą aktywność rodzin pszczelich oraz pogarszające się prognozy zbiorów miodu. W tle problemów pogodowych coraz wyraźniej wybrzmiewa jednak szersza dyskusja o kondycji środowiska i przyszłości zapylaczy. Coraz częściej pojawia się pytanie, czy w Polsce zaczyna brakować stabilnej bazy pokarmowej nie tylko dla dzikich owadów, lecz także dla samej pszczoły miodnej.
Trudny start
Pszczelarze z dużą ostrożnością oceniają perspektywy tegorocznych zbiorów. W wielu regionach kraju pszczoły rozpoczęły aktywność już w marcu, jednak brak odpowiednich pożytków sprawił, że ich rozwój został zahamowany. – Nie było wtedy kwiatów, więc pszczoły krążyły wokół uli, a w skrajnych przypadkach dochodziło nawet do rabunków między rodzinami – relacjonują pszczelarze w mediach regionalnych.
Na spadającą wydajność uli zwracają uwagę również organizacje branżowe. – Jeszcze kilkanaście lat temu standardem było pozyskanie 20–30 litrów miodu z jednego ula. Dziś w wielu pasiekach to zaledwie 5–6 litrów – wskazują przedstawiciele środowiska, podkreślając, że na wynik wpływa nie tylko pogoda, ale również zmiany w strukturze upraw i ograniczona różnorodność roślin miododajnych.
Eksperci podkreślają, że tegoroczne warunki atmosferyczne wyjątkowo nie sprzyjają zapylaczom. Niedobór opadów ogranicza rozwój roślin nektarodajnych, osłabione uprawy rzepaku produkują mniej nektaru, a silny wiatr utrudnia pszczołom efektywne loty i powroty do uli. Dodatkowo poranne przymrozki uszkadzają kwiaty i redukują ilość dostępnego pyłku.
Do tego dochodzą czynniki strukturalne: postępująca monokultura upraw, spadek liczby miedz i dzikich łąk oraz presja chorób i pasożytów, takich jak warroza. W rezultacie pszczoły mają coraz krótsze i mniej stabilne „okna pożytkowe”, co bezpośrednio przekłada się na kondycję rodzin i wielkość zbiorów.
Wszystko to sprawia, że prognozy na ten rok pozostają ostrożne, a branża przygotowuje się raczej na umiarkowane – lub poniżej średniej – zbiory miodu.
Spór o zapylacze
Problemy pogodowe to tylko część kłopotów branży. Równolegle toczy się dyskusja wokół projektu dotyczącego ochrony zapylaczy, w którym pojawił się temat ograniczenia negatywnego wpływu hodowli pszczoły miodnej na dzikie zapylacze. Część polityków odebrała to jako atak na pszczelarstwo, jednak eksperci podkreślają, że chodzi o racjonalne zarządzanie przestrzenią i ochronę bioróżnorodności. Dane rynkowe pokazują, że problem ma jednak głębszy charakter.
Według danych przywoływanych przez Polską Izbę Miodu liczba rodzin pszczelich w Polsce wzrosła w ostatniej dekadzie o około 85 proc., do poziomu 2,4 mln, a liczba pszczelarzy o 68 proc., do około 98 tys. Jednocześnie produkcja miodu utrzymuje się na poziomie około 27 tys. ton, a wydajność jednej rodziny pszczelej wynosi średnio 11,6 kg, podczas gdy w Niemczech to około 34 kg, a we Francji około 18 kg. To prowadzi do zasadniczego pytania: dlaczego przy rosnącej liczbie pszczół nie rośnie produkcja miodu?
– W ostatnich latach pojawiają się próby podważania jakości miodu dostępnego na polskim rynku, m.in. poprzez stosowanie metod badawczych, które nie są powszechnie uznane w Unii Europejskiej, takie jak DNA – tłumaczy profesor Wyższej Szkoły Bezpieczeństwa w Poznaniu Mirosław A. Michalski. – Może to prowadzić do presji ekonomicznej i osłabiania pozycji krajowych producentów, dlatego kluczowe znaczenie mają transparentność i rzetelna certyfikacja.
Natura rozdaje karty
Choć sektor pszczelarski ma duży potencjał, jego stabilność wciąż zależy od czynników naturalnych, na które producenci mają ograniczony wpływ. Główna bariera to zmienne i coraz bardziej nieprzewidywalne warunki pogodowe.

– Pogoda wpływa bezpośrednio na okresy kwitnienia roślin, a tym samym na dostępność pożytków dla pszczół. Krótszy okres wegetacji oraz częste zjawiska ekstremalne, takie jak susze czy przymrozki, znacząco obniżają zbiory miodu. Nie bez znaczenia jest także stan środowiska. Zmniejszająca się bioróżnorodność, monokultury uprawne oraz nadmierne stosowanie środków ochrony roślin ograniczają liczbę roślin miododajnych i pogarszają zdrowie pszczół. – mówi Sekretarz Polskiej Izby Miodu Przemysław Rujna.
Mimo wyzwań klimatycznych Polska pozostaje jednym z wiodących producentów miodu w Unii Europejskiej. Krajowe miody cieszą się dużym uznaniem zarówno w kraju, jak i za granicą. Rzepakowy, lipowy, wielokwiatowy, a także bardziej charakterystyczny gryczany – każdy z nich ma swoich wiernych konsumentów, nie tylko w naszym kraju.
Polska na światowym rynku
Oprócz roli producenta, Polska jest również aktywnym uczestnikiem unijnego rynku handlu miodem – eksportujemy spore ilości tego surowca. W 2023 roku eksport miodu wyniósł łącznie 14 tys. ton, z czego 1,2 tys. ton (czyli 9%) trafiło do krajów trzecich spoza Unii Europejskiej. Największym odbiorcą były Niemcy, które zakupiły 2,7 tys. ton miodu (19% całkowitego eksportu). Na kolejnych miejscach znalazły się Włochy (1,9 tys. ton – 14%), Hiszpania (1,4 tys. ton – 10%) oraz Grecja (1,3 tys. ton – 10%).
– Import niejednokrotnie bywa postrzegany negatywnie. Warto jednak spojrzeć na niego z innej perspektywy. Import nie oznacza słabości krajowego rynku, lecz w tym wypadku świadczy o jego elastyczności i zdolności do reagowania na potrzeby konsumentów. – tłumaczy Przemysław Rujna z PIM.
Miód z Chin, Ukrainy czy Ameryki Południowej stanowi uzupełnienie krajowej produkcji, zwłaszcza w latach takich jak obecny sezon o niskich zbiorach. Umożliwia utrzymanie ciągłości dostaw, stabilizację cen i rozszerzenie oferty o odmiany egzotyczne, których nie produkuje się w Polsce. Import wspiera także rozwój rynku jako całości.
(Polska Izba Miodu)

